„— Ja się trochę zacinam, przepraszam bardzo... Dzień dobry...
— Państwo, zdaje mi się, mają tam ogródek — wskazał drzwi naprzeciwko, za którymi coś żółkło i zieleniło się, by wkrótce zgasnąć w wieczornej mgle.
— O, nie warto, nie warto tam teraz zaglądać — posłyszał wzdychające ubolewania Sztajsa. Można było pomyśleć, że restaurator chce się gościa pozbyć. — W dzień był skwar i jeszcze się tam nie ochłodziło. Poza tym kurz zalatuje z ulicy! Tu przy tym stoliku będzie panu wygodniej. Przepraszam, nie dosłyszałem nazwiska łaskawcy, łaskawcy, który zaszczycił nasze progi. O, niskie progi! Pan szanowny naprawdę nie jest redaktorem, czy tylko tak mówi Może jednak kiedyś coś piórem... piórem albo
na maszynie do pisania... Jakąś elaborację, nie mówię, żeby od razu wstępniak... ale jakiś felietonik.,, artykuł... a
— Cha cha... czy to ja wyglądam na warszawskiego dziennikarza Powtarzam panu drogiemu, że prawie nie biorę gazet do ręki... To chce pan, żebym tu usiadł
Na brązowym (pod kolor boazerii) stoliku widniał prostokąt papierowej serwetki. Stały wykałaczki, pieprz i sól. Wachicki usiadł.
— To co mi pan da
— Robimy bokami!... — posłyszał ponowny lament. — Słowo daję, proszę naszego łaskawcy, że niedługo zwinę interes. Nikomu się z gości nie dziwię, że wolą na przykład posiedzieć zamiast u mnie w lunaparku. I weselej tam, i jest restauracja z dużą werandą. Zacienioną i bardzo przewiewną. A u nas co, werandy nie ma, sama spiekota i kurz. Pan łaskawca przecież wie, gdzie lunapark Wróci pan po schodach i wystarczy przejść na drugą stronę ulicy.“(3)
katalog |precel |moderowany precel