„Było to mile i poufnie powiedziane. On pyta bez ogródki — Czy mogłaby pani porzucić swe stanowisko w mieście
—Tak, — odpowiada panna.
—A więc uczyń to pani! Resztę ja załatwię. Oboje ożywiają się przy tem postanowieniu, on
odrzuca wszystkie względy na stronę i staje się nader uprzejmym, skubie źdźbła słomy na jej piersi, zgarnia źdźbła słomy z jej kolan, głaszcze, klepie, otacza ją ramionami. Niektórzy nazywają to wolną wolą —
Później idą do Daniela. Zadziwiające, jak przycichła ich radość, mówią stłumionym głosem, nie żartują już z sobą, lecz spoglądają ku ziemi. Nastrój nic poprawia, gdy dochodzą do hali, gdzie ich przyjmują powitaniem i zsiadłem mlekiem, stara gospodyni odmawia przyjęcia szczodrej zapłaty, lecz wkońcu przyjmuje i dziękuje, podając rękę.
Twarz pana Fleminga wyraża zadowolenie.
Na powrotnej drodze znów przychodzą do
do małej stodółki w polu, a p. Fleming mówi —
Wejdźmy tam i odpocznijmy!—Panna dEspard
patrzy w ziemię i podąża za nim.
I odtąd znów co dzień chodzą na halę na zsiadłe
mleko i po leki dla chorych płuc. I znów wszystko idzie dobrze. Zdrowie p. Fleminga postępuje tak
widocznie naprzód, że wraca mu humor i naturalna cera twarzy, jednocześnie okazuje więcej zainteresowania wszystkim sprawom dokoła siebie, pyta ciekawie o nowiny w gazetach i sam rzuca się na telegramy. Doktór ponownie odzyskał swój autorytet wobec niego, kłania mu się zdaleka i zmiata ziemię swym pióropuszem. A że i doktór nic przeciwko temu nie ma, aby chory pił wino z umiarem, pije więc p. Fleming chętnie, nieraz trochę ponad miarę. Zresztą, nic mu to nie szkodzi, wszak nie wszczyna wrzasku, lecz zachowuje się przyzwoicie, wzrok mu tylko drętwieje, a chodzi jakby po kresce przeciągniętej kredą. Panna dEspard dotrzymuje mu towarzystwa.“(9)
Marketing sieciowy |Mieszkania Gdynia |Witaj, Franklin